Tajlandia zachwyciła nas od pierwszego kroku na lotnisku, bo już tu byli pięknie, kolorowo ubrani ludzie, z dobrocią w oczach i uśmiechem na ustach. Pierwszy kontakt z tzw lokalsem w kantorze, zamiast zwykłego "dziękuję" złożył ręce jak do naszego "amen" i pochylił głowę. Niby nic, a jednak urzekło :) Potem taksówka, nie ma mowy o oszustwie bo najpierw zgłaszamy się do kasjerki, która daje nam specjalny kwit i można poprosić o określenie kwoty kursu. Wsiadamy do neonowo-różowej taksówki z talizmanami dyndającymi na lusterku, egzotyczną muzyką w głośnikach i znowu przemiłym, choć nie mówiącym ani słowa po angielsku kierowcą . No i w drogę, kierunek Bangkok!!! Spędziliśmy tu chyba najbardziej intensywne trzy dni w naszym życiu. Tuk tuki, świątynie przepełnione złotem, olbrzymimi posągami Buddy, kwiatami, kadzidłami i spokojna atmosferą, na każdym kroku stoiska z owocami, sokami, szaszłyki pichcone na prędce, wszędzie masa, naprawdę masa ludzi, którzy są w stanie zrobić imprezę na kawałku chodnika, zrobić najlepszą restaurację z ulicznego baru i stworzyć atmosferę, która sprawi, że ludzie z całego świata będą czuli się jak w domu. Bangkok zyje całą dobę, zawsze jest głośny, przepełniony ludźmi ( i to nie tylko turystami, ale zwyczajnymi tubylcami, którzy po godzinach urządzają biesiady w swoich sklepach, barach czy przed domami), nawet jeśli nasza dzielnica poszła już spać możemy złapać tuk tuka i pojechać gdzieś gdzie zabawa trwa :)
Bangkok oszołomił mnie zapachami, przyjazna atmosfera, egzotycznymi smakami, naprawdę dobrą zabawą i tym jak łatwo poczuć się tam jak w domu.
Co do biegania, to jest możliwe, oczywiście jak wszędzie :) jednak nieco utrudnione. Pierwszym i najważniejszym problemem jest to, że wszędzie jest masa ludzi, naprawdę ciężko biega się w gigantycznym tłumie, a po ulicach nie polecam, bo taksówki, tuk tuki, autobusy i miliony skuterów robią swoje. Dlatego, jeśli wylądowaliśmy w wyjątkowo przeludnionej części, to proponuje w ramach rozgrzewki spacer do najbliższego parku, które są naprawdę duże, przestronne, ogrodzone i jest gdzie pobiegać. Innym rozwiązaniem jest bieganie po nieco mniej uczęszczanych miejscach, my znaleźliśmy miłe rejony po obu stronach rzeki, włącznie ze nowym mostem. Ja biegać po mostach bardzo lubie, więc była to dodatkowa atrakcja :)
Dodatkowym utrudnieniem w bieganiu była pogoda, przyzwyczajona do zimnego, pobudzającego powietrza w Polsce, musiałam przystosować się do upałów w okolicach 40 stopni i dużej wilgotności powietrza.
Dużo łatwiej i bardziej naturalnie biega sie po plaży, teraz gdy przemieszczamy się po wyspie Phuket niemal codziennie w ramach tzw plażingu choć kilka kilometrów biegam, co nie jest super łatwe w takim upale, ale daje satysfakcję :)
dzisiaj biegałam o zachodzie słońca w Patong :) wykończona, ale szczęśliwa :) niestety zwyczaj Pozdrawiania Biegaczy jeszcze tutaj nie dotarł.