Na totalnym spontanie wyjechałam na wakacje. Tygodniowy urlop w Słonecznym Brzegu w Bułgarii. Wakacje jak, to wakacje. Wiadomo rozleniwienie, dookoła same pyszności, motywacja do biegania raczej niska.... No, ale jako urodzony prymus nie mogłabym sobie spojrzeć w oczy gdybym opuściła trening. Po całym dniu na plaży, po przespaniu chyba 20 godzin ( wstaję do pracy codziennie ok 4.30, więc mój organizm korzysta z opcji spania w każdej możliwej sytuacji) stwierdziłam, że czas na bieganie. Moja druga, zdecydowanie lepsza w bieganiu połowa nie była, o dziwo! chętna, do biegania. No ale w końcu dał się przekonać.Czas start!
Najpierw pobiegliśmy ok 3km totalnie pod górę, wzdłuż miasteczka, potem, zbiegliśmy uliczką w stronę plaży.
Do tej pory była wakacyjna euforia, wiatr we włosach i ciekawość nowego terenu. Adrenaline budowała też duma z siebie, że oto ja na urlopie mogłabym korzystać z All Inclusive i popijać piwko przy basenie, a tymczasem realizuję plan treningowy. Balonik pewności siebie został przekłuty gdy wbiegłam na plażę. Bieganie po piasku, to naprawdę zupełnie inna bajka. Jest naprawdę cięzko, stopy się zapadaja, nie ma jak się odbić, jedynym rozwiązaniem jest bieganie przy samej linii brzegowej, ale wtedy napadają na nas fale.
Trening na plaży jest z pewnością cenny, choć bardzo ciężki dla osoby przyzwyczajonej do chodnika, ścieżek rowerowych i sporadycznie lasu. Jednak okoliczności przyrody, morska bryza i wakacyjna wolność dają moc! Jutro sprawdzę jak się biega po plaży bez butów.
A Wy jakie macie zasady? Wakacje, to tez wakacje od biegania? A może zupełne przeciwieństwo i jeszcze więcej biegania? Ja dzisiaj spokojnie, 5 km :)