poniedziałek, 29 lipca 2013

Bieg Powstania Warszawskiego





Sobotni Bieg Powstania Warszawskiego, to mój pierwszy bieg na 10 km. Przygotowania trwały od co najmniej 2 tygodni. Najpierw starałam sie poprawić kondycję biegając standardowe 5 km, potem zwiększyłam dystans do 7 km, aż w końcu przebiegłam 10km. Po kilku dniach powtórzyłam ten dystans, tym razem z nieco gorszym czasem, ale biegnąc non-stop bez chwili maszerowania.

W sobotę od rana byłam nieco zdenerwowana. Po pierwsze właśnie zaczęła się fala afrykańskich upałów i niesłychanej duchoty, a po drugie dotychczas biegałam 10 km, ale tylko po płaskim, a tu miałam przebiec dwa razy w dół ul Karową i dwa razy pod górkę ul Sanguszki, bardzo rozległa górkę....

Na miejsce dojechaliśmy z moim narzeczonym, który tez biegł ok 40 min przed startem czyli ok 20.20 . Ubrani w koszulki, z numerami startowymi stanęliśmy  w tlumie biegaczy czekających na start. Od pierwszej chwili gdy się tam znaleźliśmy towarzyszyła nam jakaś podniosła, wyjątkowa,  potriotyczna atmosfera. Najpierw 4 tysiące uczestników odśpiewało sto lat na cześć żyjących Powstańców, którzy byli gośćmi imprezy, a następnie wszyscy zaśpiewali Hymn Narodowy. Naprawdę niesamowite przeżycie widzieć taki tłum młodych, wysportowanych ludzi, którzy mogliby spędzać sobotni wieczór na piwku z kumplami, a wolą upamiętnić na sportowo Powstanie Warszawskie. MAGIA.DRESZCZE.

Mimo podniosłości chwili gdy padła komenda START odezwał się duch sportowca. Najpierw biegłam zgodnie ze swoim systemem czyli trzymając się jak najbliżej przodu, ale jednocześnie nie dając z siebie wszystkiego, by wystarczyło energii na cały bieg. Pierwszy kilometr -czas 5min 20 sek, kolejne kilometry utrzymywałam na podobnym poziomie. Gdy gdzieś straciłam kilka sekund, ato później starałam się nadrabiac, co udawało się zwłaszcza przy zbieganiu z ul Karowej. Po pierwszej pętli, w tym niemal kilometrowym podbieganiu pod góre miałam prawdziwy kryzys, co pogłębiała niesłychana duchota. Ledwo było czym oddychać, na szczęście wypity w locie kubek wody i umieszczona na trasie kurtyna wodna nieco mi pomogły. Do 8 km utrzymywałam dobry czas ok 5.30 na kilometr, potem juz brakowało sił i zaczął sie ostatni odcinek pod górę...tu niestety uciekły mi zapewne ze 2 minuty. Turbo doładowanie włączyłam już dopiero na prostej do mety. Wbiegłam z czasem 1h 1minuta! Życiówka! choć to mój trzeci w życiu bieg na 10 km ( wcześniejsze czasy to 1h5min i 1h 3min czyli niewielkie doświadczenie), to czułam się szczęśliwa, że poprawiłam wynik.

Niesamowicie ważni są podczas biegu kibice. To naprawdę bardzo miłe gdy wzdłuż trasy stoja warszawiacy i dodają otuchy, bija brawo. Serio, gdy już naprawdę nie miałam siły, to jedno takie "dawaj, dawaj!!! nie poddawaj się! przywracało energię!!!!!

Bieg skończyłam zmęczona, spocona jakbym wyszła prosto spod prysznica, ale jednocześnie dumna i szczęśliwa. Moja druga połówka czekała na mnie na mecie az 18 min, mając wynik 43 minuty więc mam jeszcze do Kogo równać,ale jak na moje doświadczenie myslę, że jest dobrze :)

W trakcie biegu wyszło kilka niedociągnięć technicznych z mojej strony np banalna rzecz-skarpety. Niestety miałam tzw "krótkie skarpetki" poniżej kostki, które kończyły się dokładnie tam, gdzie but. W efekcie przez ok 5 km czułam jak skarpetka robi mi dziurę w nodze, auć!

Chyba czas przyjrzeć się tematowi skarpety do biegania :)


6 komentarzy:

  1. skoro debiut na dychę to masz życiówkę;)Gratulacje! brawoooooo!
    Pozdrowaśki;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwszy bieg oficjalny, wcześniej biegała sama i miałam 1h05, 1h03, także jest radocha :) bardzo dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tego co piszesz musiało być pięknie. Szkoda że tam mnie nie było - byłabym Twoim osobistym kibicem. Wielkie gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kibicowanie zdecydowanie było świetne, pod tym względem to najlepszy warszawski bieg, wybrałaś świetny debiut!:)

    No i gratuluję wyniku, wkrótce 59:XX!

    OdpowiedzUsuń